Od mojego ostatniego wpisu minęło trochę czasu. Nie będę ukrywał, że ryłem do całej masy kolokwiów i egzaminów, które urozmaicają moje fantastyczne studia. Na szczęście wszystko zdane i mogę zabrać się do nowych wyzwań, a do tych należy choćby moja przygoda z uniwersyteckim radiem.
Już w poniedziałek o godzinie 18:00 ruszam na nowo z moją audycją poświęconą TYLKO I WYŁĄCZNIE piłce nożnej. "Piłkarski Wolej Historii" na nowo zabrzmi na antenie Uniradia i umili Wam czas futbolowymi opowieściami. Serdecznie zapraszam do tej niezwykłej przygody w czasie. Poniżej link do fanpage'a fejsbukowego oraz adres e-mail, na który możecie przesyłać swoje propozycje odnośnie audycji.
Ciekawe rzeczy czytamy na oficjalnej stronie ManUtd. Paul Scholes ma wrócić do składu Czerwonych Diabłów, po tym jak ogłosił koniec piłkarskiej kariery! Czyżby Ferguson zauważył, że bez Rudowłosego diamentu z Old Trafford Manu to już nie to samo?
"To oczywiste, że w momencie zakończenia kariery stęskniłem się za klubem. Jestem szczęśliwy, że menadżer widzi we mnie wzmocnienie dla zespołu. Nie mogę doczekać się powrotu na boisko (...)" - tak w krótki i dosadny sposób wszystko skwitował bohater tegoż wpisu. To ciekawe, że Ferguson zamiast szukać wzmocnień wśród innych klubów, woli sięgnąć po starą, ale znaną markę. Ostatnie derby z City to historyczna katastrofa, a kolejna potyczka lada moment. Teraz to już nie wiem, czy Scholes ma grać jako piłkarz, czy jako talizman?
Całkiem poważnie, to fajny news, ja tam Scholesa lubię, bo to piłkarz i pracowity i cwany. Kto wie, może jeszcze inny zawodnik starej gwardii Fergusona ściągnie z kołka piłkarskie buciory?
Kocham jak podczas zupełnie normalnego meczu padają gole, które zapamiętuje się na bardzo długo. Pal licho z jakimiś wolejami, przewrotkami i innymi cudami. Ja to lubię, jak do bramki piłka wpada w sposób co najmniej kuriozalny. Ledwie mamy początek stycznia, a już doczekałem się pierwszego babola roku 2012.
Nie wiem jak Tim Howard zaczarował tę piłkę, ale mnie tu coś śmierdzi Hogwartem (Potter uczył się na wyspach, nie?). Swoją drogą nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ten "kołnierzyk" wygląda niezwykle swojsko...
To nie był dobry rok dla tego bloga, ale nie czas i miejsce, aby się nad nim użalać (nie przeczytacie też kolejnych obietnic, że w najbliższym czasie pojawiać się tu będzie mnóstwo wpisów, tym bardziej że SESJA za pasem). Przed Nami rok 2012, po którym wiele sobie obiecujemy. Zanim jednak powita Nas nowa rzeczywistość, będziemy szaleć do białego rana na sylwestrowych zabawach, a na tych nie może zabraknąć tego hitu:
Michael Telo wylansował przebój, który w mgnieniu oka stał się nowym piłkarskim hitem. Jak do tego doszło?
W banalny sposób! Piłkarze kochają taneczne piosenki, a że ta porywa do tańca każdego, to tylko kwestią czasu było to, kiedy stanie się hiciorem. Rodak Michela Telo- Neymar był tak zafascynowany choreografią zaprezentowaną na teledysku piosenki pt. "Ai Se Eu Te Pego", że postanowił ją zaprezentować kolegom w szatni przed ligowym meczem. Ktoś na tyle rozgarnięty nagrał całe zdarzenie, a to stało się piłkarskim hitem internetu. Michel Telo zdobywa w Europie kolejne listy przebojów, a taniec popularyzowany przez Neymara ma swoich naśladowców w środowisku piłkarskim. I tak "Ai Se Eu Te Pego" tańczą:
Brazylijczycy z Milanu,
Krysia Ronaldo i Marcelo,
Bundesliga,
i Adi Mierzejewski :)!
Podobno tańczą też tenisiści i siatkarze. Detronizacja shakirowskiej "Waki Waki" nastąpiła i teraz możemy cieszyć się nowym trendem w piłkarskim światku. Wam też radzę zatańczyć ten układ na sylwestrowych balangach, król parkietu murowany!
Szampańskiego skoku w 2012 rok Wam życzę! Wojtek!
P.S.
Miało być bez obietnic, ale muszę wspomnieć, że od nowego roku znów zmieni się charakter strony. Będzie futbolowo, ale z odrobiną dystansu, dlatego warto zaglądać!
Ludzieee! Ja Was błagam! Dlaczego od momentu, kiedy dostawcą strojów dla naszej reprezentacji jest marka "z haczykiem", są zawsze jakieś problemy?! Wcześniej rękawy na shi(r)tach wyglądały jak flaga Monako, a teraz zabrali Nam orzełka, i zamiast tego naszym rozpoznawczym logiem jest (tak, tak ładne i nowoczesne) emblemacik PZPN-u! Co teraz ma całować Kuba Błaszczykowski po meczu? Wy całowaliście tarczę szkoły na mundurku szkolnym, jak dostaliście raz na jakiś czas piątkę? NO WAY! Chcemy natychmiastowego powrotu Orła!
To niedzielne popołudnie jest kolejnym ważnym momentem w historii mojego bloga. O ile jego image został lekko podrasowany, o tyle sam cel uległ istnej rewolucji.
Od teraz blog nosi nazwę AUTENTYCZNIE FUTBOLOWY BLOG, który ma wskazywać jednoznacznie, jakiego charakteru teksty będą się na nim pojawiać. Nadal teksty te będą moją prywatną opinią i będą jedyne w swoim rodzaju (Yeaahhhh !). Zmiana nazwy nie jest może przedsięwzięciem globalnym, ale jest z pewnością kolejnym ważnym krokiem dla tej witryny i mam nadzieję, że nie ostatnim.
Dla dociekliwych, w topie strony znajduje się zdjęcie z meczu, które wyjątkowo utkwiło mi w pamięci. Rok 2000 i półfinał Euro. Holendrzy (moi wieczni faworyci) dopiero po rzutach karnych odpadają z rozgrywek na rzecz Włochów. Piękne 120 minut czystego futbolu :).
Serdecznie zapraszam (nie po raz pierwszy) na odwiedzanie bloga i żywe komentowanie kolejnych wpisów. Enjoy ;)
Powrót Grzegorza Rasiaka do Polski przywołał kilka wspomnień z mojej pamięci i zmusił do krótkiej refleksji, która dotyczy bezpośrednio dotychczasowej kariery tego napastnika. Kilka lat temu jego nazwisko było znane od Bałtyku po Tatry, co było efektem nie tylko samego faktu, że Rasiak grał dla Reprezentacji Polski, ale także tego, że stał się bardzo popularnym obiektem drwin. Dziś jest chyba nieco zapomniany i trudno się dziwić. Mało gra, jeszcze mniej strzela. Mało go widać, a jeszcze mniej o nim słychać. Czy jego powrót ma sens?
Rasiak jest dla mnie pewnym fenomenem, którego nie potrafię zrozumieć. Ten piłkarz nie jest nikim wybitnym i nie ukrywajmy tego. Nie jest ani szybki, ani przebojowy, nie posiada techniki a'la Ronaldinho, nie jest też ani silny, ani wyjątkowo skoczny. Nawet skuteczność nie powala na kolana. W najlepszym momencie kariery większość strzelonych przez niego goli była efektem dobitek, bądź niebywałego szczęścia (polski Inzaghi?!). Mimo to, udało mu się wypracować transfer za granicę, zagrać dla reprezentacji, a nawet mieć swego rodzaju uznanie wśród komentatorów (oczywiście przez pewien czas). Nie potrafię zrozumieć do dnia dzisiejszego jak to możliwe. Z jednej strony piłkarz posiada cechy, które charakteryzują typowego kopacza średniej klasy z trzeciej ligi, a z drugiej na jego koncie zapisane są takie sukcesy (tak to są sukcesy!) jak gra w Premiership (co prawda bez zachwytów, ale jest!), czy występ w reprezentacji kraju. Czy Wy też dostrzegacie swego rodzaju sprzeczność?
Wszystko zaczęło się w Grodzisku Wielkopolskim. Grzegorz Rasiak grał wówczas w niezapomnianej dla tego miasta drużynie Groclinu, która oprócz dzisiejszego głównego bohatera wypromowała Andrzeja Niedzielana i Sebastiana Milę. Dzięki ponad trzydziestu trafieniom w barwach wielkopolskiego klubu, „Rasialdo” (jak zwykli mówić o nim złośliwi) znalazł zatrudnienie we włoskiej Sienie. Ta jednak wykazała się wybitnym poziomem zarządzania drużyną i nie zauważyła, że zatrudnienie Polaka nie jest możliwe przez wyznaczony limit obcokrajowców w każdej ekipie z Serie A. Na szczęście rozgłos jaki nasz zawodnik zyskał w Europie spowodował, że trafił do Anglii, a konkretnie do Derby County. Od roku 2006, przez cztery kolejne lata Rasiak miał okazję grać w Tottenhamie, Boltonie, Southtampton i Reading. Był nawet okres, w którym przewodził klasyfikacji strzelców w angielskiej Championship. Dlaczego więc piłkarz ten nie zrobił wielkiej kariery?
Nie bez powodu każdy kolejny akapit jest zakończony pytaniem. Rasiak jest postacią w historii polskiej piłki bardzo dziwną i przebieg jego kariery automatycznie skłania do zadawania tego typu pytań. Zwróćmy uwagę ile młodych talentów ginie w szarej rzeczywistości biało- czerwonej piłki nożnej, natomiast zawodnik o charakterystyce podanej powyżej miał swoje pięć minut, o których niektórzy mogą tylko pomarzyć. Ostatnie czasy są jednak dla naszego byłego reprezentanta trudne. Śmiem twierdzić, że nawet trudniejsze o tych, kiedy to zespół Superpuder wylansował przebój, którego głównym bohaterem był właśnie Rasiak. Dobrze wiemy, że powrót do Ekstraklasy jest dla większości piłkarzy degradacją. Jednak chyba zbyt wielu polskich grajków, decydujących się na ponowną grę nad Wisłą zapomina, że pomimo wszelkich opinii poziom naszej ligi rośnie i wcale nie musi dojść do sytuacji, gdzie stary weteran przeżyje drugą młodość. Nie chcę oczywiście skazywać Rasiaka z góry na przegraną, ale nie chce mi się wierzyć, aby mógł on odmienić losy swojego nowego zespołu z Białegostoku. „Come back” do Polski ma jak najbardziej sens, ale z pewnością nie podniesie rangi Ekstraklasy i wątpię, aby wyjątkowo pomógł samej Jagiellonii. „Rasialdo” to piłkarz, który bez wątpienia ma nosa do strzelania goli i potrafi się zachować w odpowiedni dla napastnika sposób w polu karnym, ale jego umiejętności nie pozwoliły mu zaczarować Europy i nie pozwolą na stosowanie magii na naszym podwórku. Choć kto wie? Przecież to właśnie Grzegorz Rasiak łamie wszelkie stereotypy :)
W związku z wydaniem przez Maora Meliksona oświadczenia, w którym izraelski piłkarz deklaruje tymczasową wstrzemięźliwość co do wyboru kadry narodowej, dla jakiej chce grać, postanowiłem nieco odświeżyć mój wczorajszy wpis. Sprawa jest w chwili obecnej tak głośna, że w zasadzie już chyba każdy zdążył już sprawdzić na Wikipedii dotychczasowe osiągnięcia tego piłkarza. Jeszcze dwanaście godzin temu żyliśmy ze świadomością, że Wiślak wystąpi z Orzełkiem na piersi. Teraz wiemy, że tak szybko to nie nastąpi...
We wpisie z dnia wczorajszego uparłem się, aby obronić pomysł powołania Meliksona do kadry. Na chwilę obecną mój zapał jest już zdecydowanie mniejszy. Już nawet nie chodzi o fakt, że piłkarz, który miesiąc temu strzelał gole dla Izraela, nagle zapragnął grać dla Polski i właśnie to wywołało u Nas falę krytyki. Nie chodzi też o to, że ostatnie powołania Smudy są kolejnymi krokami ku destrukcji poczucia patriotyzmu i dumy wśród naszych reprezentantów. Chodzi o to, że człowiek, którego wczoraj chciałem przedstawić w dobrym świetle rozczarował mnie swoją postawą.
Wstrzymanie się z decyzją dotyczącą tego, czy Melikson ma grać dla Polski jest dla mnie posunięciem dziecinnym. Skoro jeszcze kilkanaście godzin temu zapewniano nas (kibiców), że wcześniejsza decyzja jest przemyślana i podjęta ostatecznie, to zagrywka typu „Nie jestem gotowy do wyboru” świadczy o braku profesjonalizmu. Chcemy mieć w kadrze ludzi zdecydowanych, chodzącym twardo po ziemi, którzy pomimo fali krytyki pokażą na co ich stać. Szara rzeczywistość szybko jednak otrzeźwia umysł. Melikson sam nie wie dla kogo chce grać ( no chyba, że mowa tu o Wiśle) i faktycznie lepiej będzie jak pomysł powołania go do Reprezentacji Polski nie zakończy się wcieleniem go w życie. Przykro mi, ale tłumaczenia piłkarza są mało przekonujące.
Z drugiej strony... Czy ja też nagle zmieniłem zdanie? Raczej nie, ponieważ zawsze podchodzę z odrobiną dystansu do kolejnych nazwisk piłkarzy, którzy rzekomo posiadają polskie korzenie. W przypadku Meliksona chciałem dostrzec nieco więcej plusów niż zazwyczaj. Widocznie chciałem za bardzo...
Wczorajsze sensacyjne doniesienie o zadeklarowaniu się Maora Meliksona do gry w biało- czerwonych barwach jest teraz sportowym newsem numer jeden w internecie. Na jednej stronie kibice głosują w sondzie za tym, aby pomocnik Wisły znalazł się w kadrze, na drugiej za tym, aby omijał drużynę Smudy szerokim łukiem. Skąd nagle taki szum wokół tej sprawy? Przecież kilka miesięcy temu Melikson stanowczo odmówił gry w reprezentacji Polski. To czy przekonała go mama (Polka!), czy namówił brat nie jest teraz najistotniejsze. Deklaracja popłynęła z ust zawodnika i czekamy na powołanie.
Z jednej strony coś kuje w serce. Reprezentacja Polski stała się miejscem, gdzie z uśmiechem na twarzy przyjmujemy każdego, kto mając bliższe, bądź dalsze polskie korzenie nie łapie się do innych reprezentacji. Do wymienienia wszystkich nazwisk osób, rzekomo „wewnętrznie biało- czerwonych piłkarzy” z Niemiec lub Francji szkoda czasu. Z przykrością trzeba stwierdzić, że Melikson też wybiera Orła na piersi nie z poczucia polskości, ale z pewnej konieczności, a tą jest brak występów w drużynie Izraela. Z drugiej strony postawmy się na miejscu młodego pomocnika Wisły Kraków. Chłopak przyjechał do kraju, z którego pochodzi jego matka, gra dla drużyny mistrza Polski, zadziwia techniką i dojrzałością na boisku, bije na głowę pod względem wyszkolenia osiemdziesiąt procent naszych rodzimych zawodników, a na dodatek trener reprezentacji Izraela nie widzi dla niego miejsca w swojej drużynie. To oczywiste, że posiadając polski paszport i mając okazję do wyboru swojej przyszłości, człowiek wybierze dla siebie los pewniejszy i miejmy nadzieję lepszy. Dlatego niech każdy nieprzekonany kibic wie, że nasza kadra tylko skorzysta z obecności takiego zawodnika jak Maor Melikson. Jego decyzja może i jest zaskakująca i nagła, ale z pewnością niepochopna, przemyślana i umotywowana.
Już pojawiają się doniesienia, że Melikson wygryzie ze składu albo Mierzejewskiego, albo Obraniaka ( pozycja Błaszczykowskiego jest raczej nie do ruszenia). A skoro nie będzie mógł grać np. Mierzejewski to atmosfera w kadrze znowu się popsuje i blamaż na Euro murowany... Chciałbym, aby nasza drużyna narodowa miała tylko takie problemy. Do tej pory nie było problemu dla kolejnych wzmocnień kadry w postaci zawodników z odzysku, a nie ukrywajmy, że Polanski, o ile prezentuje zupełnie inny styl gry, o tyle jest piłkarzem mniej przebojowym i mniej dynamicznym od Meliksona. Obaj zawodnicy znają język polski w tym samym stopniu, hymnu też nie zaśpiewają, natomiast większy pożytek będziemy mieli z inteligentnego i piekielnie zdolnego Izraelczyka, niż z byłego kapitana niemieckiej młodzieżówki. Jeśli na ławce rezerwowej usiądzie jakikolwiek z renomowanych reprezentantów naszego kraju, kosztem nowego nabytku, i wyjdziemy na tym „na plus”, to nie interesuję mnie to, czy grać będzie Polak z Polski, czy Polak z Grenlandii.
Nie jest łatwo podjąć decyzję o grze dla któregoś kraju. Melikson jest Izraelczykiem z krwi i kości, kocha swój kraj, bo w nim się wychował, żył i wchłaniał jego kulturę. Jeśli jednak reprezentacja, dla której jeszcze pół roku temu Maor wskoczyłby w ogień nie daje mu szansy na grę (przy czym nie jest to ekipa, mająca szereg utalentowanych zawodników i możliwość odrzucania wielu z nich), to logiczne i rozumne jest wykorzystanie szansy jaką daje mu polski paszport. Kto wie, może będziemy mieli z niego pożytek nie tylko na Euro 2012? Chyba nieco zapominamy, że historia polskiej kadry nie kończy się na tej właśnie imprezie ;) ...